„Projekt Hail Mary”. Recenzja filmu – Amaze, Amaze, Amaze!

Filip Mańka10 marca 2026 14:05
„Projekt Hail Mary”. Recenzja filmu – Amaze, Amaze, Amaze!

Projekt Hail Mary to najdroższa produkcja w historii Amazonu. Czy kosmiczna odyseja z Ryanem Goslingiem w roli głównej jest warta tego astronomicznego budżetu oraz hajpu?

Gdyby ktoś parę miesięcy temu powiedział mi, że będę z wypiekami na twarzy czekał na Projekt Hail Mary, to kazałbym tej osobie puknąć się w czoło. Po zwiastunach było mi daleko do przejawiania ekscytacji. Nie czułem tej energii, fali poruszenia, która zewsząd docierała do mnie od wielbicieli powieści. Film bowiem jest ekranizacją książki autorstwa Andy’ego Weira. Tak, tego samego Weira, który przed dekadą rozpalił świat science fiction Marsjaninem. Książkę z rozmachem zekranizował sam Ridley Scott, a w rolę osamotnionego na Czerwonej Planecie astronauty wcielił się Matt Damon.

Samotność w Projekcie Hail Mary ponownie gra pierwsze skrzypce. Tym razem jednak Weir zapuścił się daleko. Bardzo daleko poza nasz Układ Słoneczny. Na szali waży się los całej ludzkości, gdyż Słońce w tajemniczy sposób umiera. Na misję uratowania Ziemi zostaje wysłany dr Ryland Grace, który początkowo musi sobie przypomnieć, kim tak właściwie jest. Zachęcony tym opisem niedawno sięgnąłem po lekturę, która mnie błyskawicznie porwała. To prościutka powieść, bardzo przystępna językowo, ale za to diabelnie skuteczna w swoim przekazie. Wielokrotnie byłem nią poruszony, a wykreowany przez Weira mikrokosmos relacji czy nauki często pobudzał moją wyobraźnię.

Jeszcze przed oficjalnym wydaniem książki producenci czuli, że to materiał na wyjątkowy film.

Poczuł to również Ryan Gosling, który zakochał się już w samym rękopisie powieści. Zapragnął wcielić się w główną rolę, a przy tym namówił Christophera Millera oraz Phila Lorda, aby stanęli za kamerą. Tym samym reżyserzy postawili „kropkę nad i” w niezrealizowanym przez nich wcześniej projekcie, który miał być ekranizacją książki Artemis, kolejnej po Marsjaninie powieści autorstwa Weira. Po fali sukcesów związanych ze Spider-Verse duet reżyserski po 12 latach powrócił do reżyserii, co na starcie mogło wzbudzić wiele pytań.

Głównie ze względu na szum, który przed laty wprawił świat filmowy w osłupienie, gdy panowie zostali zwolnieni z prac nad filmem o Hanie Solo. Kathleen Kennedy „podziękowała im” nie przed rozpoczęciem produkcji, a po tym, jak zrealizowano już 80% zdjęć. Krążyły głosy o niesubordynacji, kiepskiej etyce pracy czy zwyczajnych różnicach kreatywnych między nimi a producentami. Sukcesem m.in. Spider-Man Uniwersum (którego napisali oraz wyprodukowali) zamazali czarną plamę na ich filmografii. Mimo to cień nieudanej współpracy z Lucasfilmem odbił się na ich nazwiskach.

Projekt Hail Mary to dla nich wejście na głęboką wodę lub wręcz spacer po stacji kosmicznej. To próba udowodnienia nie tylko Hollywood, ale i samym sobie, że są zdolni do tworzenia wielkich widowisk, a łatkę „gości od Jump Street” będzie można zastąpić „reżyserami Projektu Hail Mary”. I co najważniejsze, ta misja zakończyła się powodzeniem, bo Projekt Hail Mary to spektakularny blockbuster i kino science fiction, jakiego na próżno szukać we współczesnym Hollywood.

Ryan Gosling jako dr Ryland Grace / fot. Projekt Hail Mary, reż. Christopher Miller i Phil Lord, 2025, dys. UIP
fot. Projekt Hail Mary, reż. Christopher Miller i Phil Lord, 2025, dys. UIP

Projekt Hail Mary to epicka adaptacja

Nieco obawiałem się, że po lekturze książki narobiłem sobie niepotrzebnych oczekiwań wobec ekranizacji, bo, jak wiemy, bywa z nimi bardzo różnie. Cóż, były one po nic. To świetna adaptacja, która z rozmachem przenosi wizję Weira na duży ekran, ale też nie boi się dodać czegoś od siebie. Ekranizacje to oczywiście temat uzależniony od danej pozycji. Projekt Hail Mary jest książką wręcz stworzoną do wielkiej ekranizacji. Momentami można odnieść wrażenie, że Weir prowadzi tu dwie równoległe narracje: jedną literacką, tę na pierwszym planie, i drugą — ukrytą między wierszami — która aż prosi się o przeniesienie na ekran.

Scenarzysta filmu, Drew Goddard, który również napisał scenariusz do Marsjanina, ma małym palcu styl Weira. Jego naukową przenikliwość, dbałość o szczegóły, ale też przyziemność w opisywaniu nawet najbardziej niezwykłych wydarzeń. To naprawdę wzorowa adaptacja, którą — powiedzmy sobie szczerze — ciężko było położyć. Miller i Lord mieli pod nosem gotowy przepis. Książka, świetny scenariusz i ogromne wsparcie autora, który potrafi schować ego do szuflady (i vice versa). Może czasem ze zbyt wielkiej ciekawości pragnąłem zobaczyć coś innego niż w książce. Film idzie jak po sznurku, może aż nadto, ale materiał źródłowy jest na tyle hermetyczny, że każda próba większego odstępstwa od niego mogłaby odbić się czkawką.

Projekt Hail Mary to projekt, który wie, co chce osiągnąć i też jaką opowiedzieć historię. Nie rozdrabnia się na drobne, nie patrzy w bok. To opowieść o odwadze, jednoczeniu się, szukaniu swojego miejsca we wszechświecie, ale i przede wszystkim — najbardziej niezwykłej przyjaźni, którą możemy odnaleźć tam, gdzie jest to najmniej prawdopodobne.

Grace Rocky Save Stars

Trudno pisać o tym filmie — czy nawet o samej książce — bez skupienia się na sercu tej historii, czyli relacji między Grace’em a Rockym. Zwykle trzymam się zasady, że nie wychodzę w tekście poza to, co pokazano w zwiastunach. Tym razem napiszę jednak jeszcze mniej, bo mam wrażenie, że same zwiastuny zdradziły już odrobinę za dużo. Grace na swojej drodze poznaje Rocky’ego. Osobliwego obcego, który znalazł się w tym samym Układzie Słonecznym dokładnie w tym samym celu co nasz nieustraszony naukowiec. To jedna z najciekawszych i zarazem najbardziej uroczych opowieści z gatunku „pierwszego kontaktu”.

Gdy spojrzymy na filmografię Millera oraz Lorda, to dostrzeżemy pewien powtarzający się schemat. Ich filmy to głównie historie o przyjaźni, o miłości. Nic w tym dziwnego. Sami są przyjaciółmi od ponad 30 lat. Mieli wloty i upadki, ale nieustannie uzupełniają się jako duet. Relacja Grace’a z Rockym ma w sobie coś z życia wziętego — jest pełna humoru, wzajemnej fascynacji sobą i poświęceń, które potrafią poruszyć. Choć Rocky nie ma oczu i daleko mu do potulnego stworka, twórcom udało się wydobyć z niego pełnokrwistą postać. Wszystko dzięki drobnym gestom i półsłówkom, które dawkowane bardzo oszczędnie okazują się niezwykle skuteczne. To piękna lekcja o wartości przełamywania barier — kulturowych i komunikacyjnych — dzięki którym możemy odkryć w sobie to, co najlepsze i również to, przed czym uciekamy całe życie.

Historia „małych dużych” sukcesów

Millerowi oraz Lordowi udało się też przenieść na ekran radość z odnoszenia „małych dużych sukcesów”. Skromny aspekt, ale silnie oddziałujący na czytelnika, który przecież przeżywa opowieść z pierwszej osoby. Niczym w grze wideo, odkrywamy kolejne karty rozgrywki, szczegóły z życia Grace’a lub fragmenty międzyplanetarnej zagadki. Pozostaje to dla odbiorcy niezwykle satysfakcjonujące, tym bardziej uwzględniając relację Grace’a z Rockym, którzy w swoistej naukowej dynamice znakomicie się uzupełniają. To właśnie te małe szczegóły, światotwórcze czy naukowe detale stanowią dla mnie jeden z emocjonalnych trzonów tej historii. Zabrakło mi tego w Marsjaninie, który za bardzo skupił się na gonieniu fabuły, ale w tym przypadku Goddard odrobił pracę domową.

Początkowo film sprawiał wrażenie jednak nieco pospiesznego. Ekspozycje przemykały szybko, trzeba było odhaczyć kolejne elementy fabuły, a narracja nie była w stanie jeszcze w pełni zaangażować widza w ekranowy świat. Brakowało w nim oddechu, który pojawił się dopiero wraz z wprowadzeniem małego skalnego przyjaciela. Do tego momentu historia nie złapała właściwego rytmu, ale ostatecznie to dobrze, że Miller i Lord wiedzieli, które sceny wymagają najwięcej przestrzeni.

Ryan Gosling jako dr Ryland Grace i Rocky / fot. Projekt Hail Mary, reż. Christopher Miller i Phil Lord, 2025, dys. UIP
fot. Projekt Hail Mary, reż. Christopher Miller i Phil Lord, 2025, dys. UIP

Projekt Hail Mary ma świetne wybory castingowe.

Już w trakcie czytania książki czułem spore podobieństwa między postacią dra Grace’a a Ryanem Goslingiem. To fantastyczny casting — do tego stopnia dobry, że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem Andy Weir już w trakcie prac nad książką nie miał w głowie wizerunku tego aktora. Goslingowi udaje się przenieść na ekran ciepło, infantylność oraz skryte zagubienie Grace’a. Oddaje zuchwałość i optymizm bohatera w obliczu narastających problemów. Nie tylko w przestrzeni kosmicznej, ale i na Ziemi, gdzie beznadziejność rzeczywistości wysysa wszelkie pokłady nadziei.

Trudno mi nie kochać Ryana w roli, w której czuje się jak ryba w wodzie. Czasem jednak miałem wrażenie, że czuł się w niej aż zbyt pewnie. Na pierwszy plan wychodził raczej „klasyczny Ryan Gosling”, a nie dr Ryland Grace. Szkoda, że Gosling skręcił w bezpieczny dla siebie kierunek. Bardziej goofy, rozrywkowy, a pod pazuchą schował głębszą bystrość postaci, która odsłania się w niewielu momentach.

Perfekcyjnym wyborem jest za to Sandra Hüller w roli stanowczej dr Evy Stratt. Dla Hüller, która spędziła ostatnie lata w europejskim kinie artystycznym, Projekt Hail Mary jest pierwszym zderzeniem z kinem wysokobudżetowym. Rola Stratt jest skromna. Podobnie jak w książce, kobieta wprowadza Grace’a w plan uratowania Ziemi. Poznajemy jej filozofię, nieustępliwość, a Hüller udaje się wyłuskać człowieczeństwo i emocje, których zabrakło tej postaci w pierwowzorze. To pozytywna zmiana, która odsłania nieco inne oblicze jej wątku, co wiąże się z jedną z najbardziej emocjonalnych i najpiękniejszych scen filmu.

Kosmiczny spektakl

Każdy, kto mnie zna, wie doskonale, że kocham Greiga Frasera jako operatora. Uwielbiam jego zdjęcia, styl. Elastyczność w jego pracy, różnorodność oraz wyczucie skali, które doskonale rezonuje z widzem w wielkich kinowych formatach. Zwiastuny sprytnie ukryły wiele smaczków, ale mogę was zapewnić, że Projekt Hail Mary to formalny popis Frasera.

To inny projekt od Diuny czy Batmana. Fraser zdaje się tym razem podejmować bardziej radykalne rozwiązania, wręcz eksperymentalne. Udało mu się wykreować widowiskowy oraz plastyczny świat. Czy to przeszywająca głębia kosmosu, melancholijne wspomnienia o Ziemi, eklektyczny statek kosmiczny, czy graficzne ujęcia POV z różnych urządzeń. Animacyjny sznyt Millera i Lorda spotyka się tu z ekspresywną estetyką Frasera, przenosząc na ekran ducha książki i jej brawurowych opisów.

Zawsze doceniam, gdy ekranizacja nie podchodzi do materiału źródłowego zbyt dosłownie i różnymi symbolami czy zabiegami stylistycznymi przenosi literacką charakterystykę na medium filmowe. W Projekcie Hail Mary forma wzmacnia immersję — ucieka od przezroczystej interpretacji oraz oddaje intymność, skrępowanie czy specyfikę różnych momentów historii.

fot. Projekt Hail Mary, reż. Christopher Miller i Phil Lord, 2025, dys. UIP
fot. Projekt Hail Mary, reż. Christopher Miller i Phil Lord, 2025, dys. UIP

Stop your crying, baby, It will be alright.

Projekt Hail Mary delikatnie orzeźwia wysokobudżetowe science fiction. Gatunek, który mimo pojedynczych sukcesów, wciąż boi się stawiać na pewne i odważne wizje. Więcej ich znajdziemy w serialach niż w kinie. I choć Projekt Hail Mary pozostaje bezpieczną produkcją — uniwersalną i klasyczną u swoich podstaw, to twórcy osiągają sukces niemal w każdym jego parametrze.

Jest głosem potrzebnego dziś optymizmu i nadziei w obliczu błędów, jakie popełniamy jako ludzkość. Przypomina, że warto walczyć o siebie i o bliskich — a wszechświat prędzej czy później pomoże nam odnaleźć swoje własne miejsce. Od dawna nie było takiego kina science fiction, które jednocześnie byłoby tak humorystyczne, uroczo zabawne, a z drugiej strony próbowało się trzymać realizmu oraz pewnych założeń naukowych w kreowaniu rzeczywistości.

To wielki sukces Christophera Millera oraz Phila Lorda, którzy z jeszcze większym rozmachem niż kiedykolwiek wcześniej potwierdzili swój autorski głos. Głos twórców kreatywnych, energicznych oraz czerpiących z kina rozrywkowego czystą frajdę. Choć humor gra tu pierwsze skrzypce, to czuć również dojrzałość i pewną elegancję. Nie tylko emocjonalną, ale i czysto praktyczno-reżyserską, odsłaniającą ich znaczny rozwój artystyczny na przestrzeni lat. Projekt Hail Mary nie jest doskonałym filmem, ale to produkcja, która jest prawie wszystkim, czym chciałem, aby była. Drobne mankamenty nie przyćmiewają tej wspaniałej, pozytywnej opowieści — pełnej zaskoczeń oraz emocji, które w nowym świetle potrafią odkryć znaną mi historię.

Projekt Hail Mary zadebiutuje w kinach 20 marca.

Jeśli podoba się Wam nasza praca oraz działalność i chcecie nas wesprzeć, możecie nam postawić wirtualną kawę. To nam bardzo pomoże w rozwoju!Postaw mi kawę na buycoffee.to
Oscar

Oscary 2026

Głosuj z Immersją

Wytypuj zwycięzców