„Panna młoda!”. Recenzja filmu – Lalka Mary

Stanisław Sobczyk09 marca 2026 15:51
„Panna młoda!”. Recenzja filmu – Lalka Mary

Na ekrany kin trafił drugi reżyserski projekt Maggie Gyllenhaal, Panna młoda! Jak wypadła ta feministyczna wariacja na temat Frankensteina?

Frankenstein Mary Shelley doczekał się już setek adaptacji i reinterpretacji, a mimo to w ostatnich latach zdaje się odżywać po raz kolejny, inspirując nowe pokolenie twórców. Do historii potwora mniej lub bardziej bezpośrednio nawiązywało niedawno kilka filmów. Yorgos Lanthimos reinterpretował ją w feministycznym kontekście przy okazji Biednych istot, Guillermo del Toro adaptował powieść w nieco bardziej klasycznym tonie, ale rzucając zupełnie nowe światło na relację doktora z jego „synem”, a Radu Jude pisze obecnie scenariusz do własnego Frankensteina, który opowie o tajnych więzieniach CIA w Rumunii.

Na ekrany kin trafiła właśnie jeszcze jedna wariacja na temat Frankensteina, i to taka, która czerpie nie tylko z powieści, ale i życiorysu samej Mary Shelley oraz filmowej Narzeczonej Frankensteina z 1935 roku. Mowa tu o Pannie młodej!, drugim projekcie Maggie Gyllenhaal. Aktorka w 2021 roku zadebiutowała jako reżyserka kameralnym dramatem Córka, który otworzył przed nią nowe, większe możliwości. Przy Pannie młodej! dysponowała już dużo większym budżetem i wielkimi hollywoodzkimi nazwiskami. Choć studio przesunęło premierę z września 2025 na marzec 2026, film od początku cieszył się dużym zainteresowaniem, szczególnie, że wyglądał jak kolejna odważna wariacja na temat książki Shelley. Tymczasem, kiedy film trafił na ekrany, okazał się wielkim rozczarowaniem. Krytycy narzekają na chaos, mówi się o zmianach wprowadzanych przez studio, a Panna młoda! przyciąga do kin niewielu widzów, już teraz zapowiadając się na finansową porażkę. Pozostaje więc pytanie, co poszło nie tak?

Akcja filmu rozpoczyna się w 1936 roku w Chicago. Potwór Frankenstein tuła się po świecie już od ponad stu lat i zaczyna doskwierać mu samotność. Udaje się więc do doktor Euphronius, prosząc ją, by stworzyła dla niego kobietę podobną do niego samego. Naukowczyni spełnia jego prośbę i tak powstaje panna młoda.

fot. Panna młoda!, reż. Maggie Gyllenhaal, dys. Warner Bros Polska

Na papierze za Panną młodą! stoi ciekawy, sensowny koncept. Film Gyllenhaal w założeniu jest swoistą kontynuacją Frankensteina. Opowieścią o potwornych wersjach Bonnie i Clyde’a podróżujących po Ameryce lat 30. Wszystko to zdaje się całkiem obiecujące, dopóki nie zdamy sobie sprawy, z jak wielu źródeł czerpie autorka i jak wiele historii próbuje upchnąć do swojego filmu. Z jednej strony wspomniany Bonnie i Clyde skupiony wokół relacji potworów, z drugiej feministyczna bajka o wyzwoleniu kobiet, z trzeciej detektywistyczna historia, z czwartej elementy musicalowe nawiązujące do klasycznego Hollywood, a jeszcze z piątej metanarracja o samej Mary Shelley. Tematy się piętrzą, a reżyserka zdaje się kompletnie w nich gubić. Wciska kolejne nawiązania do filmów, zmienia perspektywę i kompletnie traci pierwotne założenia.

W samych inspiracjach Panna młoda! naprawdę mi się podoba. Pojedyncze sceny wyrwane z całości nieraz okazują się rzeczywiście interesujące i błyskotliwe. Sekwencja szalonego tańca, w którym Frankenstein i panna młoda terroryzują nowojorską elitę, brzmi jak świetny pomysł, ale wrzucona pomiędzy policyjny pościg a moralizatorskie monologi, zupełnie traci swoją wartość. Gyllenhaal krąży między pomysłami, co chwilę zmieniając wrażliwość i klimat. A przez tak chaotyczną konstrukcję jej film jest po prostu męczący.

Moim głównym problemem z filmem jest to, że Gyllenhaal otwierając tak wiele interesujących ścieżek, wybiera te najnudniejsze. 

Panna młoda! mogłaby być ciekawym przetworzeniem historii potwora, historią o macierzyństwie (w końcu tytułową bohaterkę wskrzesza inna kobieta, a nie Victor Frankenstein) czy nawet historią o tragedii Mary Shelley. Tymczasem reżyserka patrzy na wszystkie te wątki strasznie płytko. Za całym wizualnym szaleństwem jej filmu stoją nudne wnioski. Panna młoda, choć cały czas wygłupia się niczym damska wersja Jokera, jest w gruncie rzeczy dość nijaką i niespójną bohaterką. Cały jej wpływ na społeczeństwo polega na wygłaszaniu łopatologicznych monologów, a niezależność kończy się, kiedy we wszystkim wyręcza ją Frank. Zresztą Gyllenhaal chyba nie do końca wie, czy jej protagonistka ma być silną, niezależną kobietą, czy jednak narzeczoną, która do końca stawia swojego opresyjnego partnera ponad wszystko.

Powierzchowne spojrzenie reżyserki najlepiej widać w wątku Mary Shelley, która pojawia się w Pannie młodej! wielokrotnie, również odgrywana przez Jessie Buckley. To, w jaki sposób Gyllenhaal patrzy na pisarkę, jest po prostu żenujące. Zamiast przeanalizować Frankensteina pod kątem wątków feministycznych czy macierzyńskich, reżyserka portretuje Shelley jako opętaną czarownicę, która kreuje pannę młodą jako swoje szalone alter ego. Tak kiczowaty, aktorsko przerysowany obraz jej niezależności kompletnie spłyca życiorys prawdziwej Shelley, która jako autorka była przecież kimś znacznie ciekawszym i subtelniejszym niż wrzeszczący, kreskówkowy duch.

fot. Panna młoda!, reż. Maggie Gyllenhaal, dys. Warner Bros Polska

Problem tkwi też w tym, jak żenująco powierzchowny jest feminizm Panny młodej! 

Hollywood poszło do przodu i zaczyna otwierać się na filmy, które rzeczywiście dzielą się perspektywą kobiet i potrafią to zrobić w ciekawy sposób. Mamy do czynienia z wieloma produkcjami kręconymi przez autorki, które potrafią wnieść coś nowego do dyskursu. Nie trzeba szukać daleko. Obiecująca. Młoda. Kobieta. Emerald Fennell rozprawiała się z kulturą gwałtu i wizerunkiem „miłego gościa”, a nawet poprzedni film Gyllenhaal, Córka, był ciekawym, odcinającym się od klasycznych ukazań obrazem macierzyństwa.

Tymczasem Panna młoda! kompletnie cofa dyskusję o feminizmie o kilkanaście lat. Nie ma do powiedzenia nic poza tym, że mężczyźni robią kobietom złe rzeczy. Nie znajdziemy tu analizy systemu, głębszego spojrzenia na kulturę gwałtu, a jedynie kiczowate monologi, w których potworna narzeczona tłumaczy chłopakowi w kinie, że „nie” znaczy nie. 

Oczywiście to nie tak, że morał płynący z Panny młodej! jest zły czy niesłuszny. Gyllenhaal staje po właściwej stronie, natomiast całe jej spojrzenie na feminizm jest strasznie płytkie, oparte na oczywistościach i pozbawione jakiegokolwiek socjologicznego podłoża. To zbiór szkodliwych uproszczeń podanych w nieznośnej, łopatologicznej formie. Wydaje mi się, że feminizm poszedł już znacznie bardziej do przodu, a powtarzanie tak ograniczonych, nietrafionych narracji powinno być przeżytkiem. Szczególnie żenująca jest poboczna historia pary detektywów, której przesłanie jest oczywiste od samego początku i podane w kreskówkowej formie. Pod tym względem Panna młoda! przypomina trochę Barbie Grety Gerwig – jest powierzchowna, oczywista i cofa hollywoodzki dyskurs. Z tą różnicą, że tamten film mógł się przynajmniej bronić tym, że był przeznaczony także dla widzów w młodszym wieku.

To trochę ironiczne, że w całym tym zalewie tematów i feministycznych morałów najciekawiej wypada męski bohater.

Interpretacja potwora Frankensteina, jaką prezentują Gyllenhaal i odgrywający rolę Christian Bale, jest czymś rzeczywiście nowym i udaje jej się uciec od wcześniejszych wizerunków postaci. Frank jest w zasadzie podległy narzeczonej, swoją siłę okazuje tylko w jej obronie i tylko dzięki niej zyskuje jakiekolwiek poczucie wartości. Funkcjonuje w zasadzie tylko w relacji ze swoją partnerką, sam przyznając, że bez niej prawdopodobnie popełniłby samobójstwo. Przy okazji jest to też interpretacja w pewien sposób żałosna i mała. Frank to nieporadny impotent podległy kobiecie, która powstała tylko i wyłącznie na jego polecenie.

To, że Frank wydaje się tak ciekawy, to również zasługa Bale’a, który wypadł w tej roli naprawdę świetnie. Jego interpretacja postaci to kompletne przeciwieństwo mrocznego Roberta De Niro czy postawnego, zwierzęcego Jacoba Elordiego. Bale jest nieporadny, przez większość filmu bełkocze, nie do końca wiedząc, jak ma się zachować. Aktor świetnie gra całym ciałem – jego bohater jest pokraczny czy, kiedy się rozbiera, wręcz żałosny, tak jakby ciągle wstydził się samego faktu istnienia.

fot. Panna młoda!, reż. Maggie Gyllenhaal, dys. Warner Bros Polska

Bale to z pewnością aktorska siła Panny młodej!, czego o dziwo nie można powiedzieć o Jessie Buckley wcielającej się w tytułową rolę.

Aktorka przeżywa obecnie świetny okres, czego uhonorowaniem jest świetny występ w Hamnecie, za który otrzyma zapewne Oscara. Oczekiwania wobec jej występu w Pannie młodej! były więc naprawdę wysokie, tym bardziej zaskakuje więc, że występ Buckley jest chyba najgorszym w jej karierze. Cały pomysł na tę rolę jest nietrafiony. Aktorka bez przerwy wykrzykuje nieśmieszne gry słów, wygłupia się na ekranie i zgrywa opętaną. Próbuje być jak Emma Stone w Biednych istotach, ale zamiast błyskotliwie wypada po prostu irytująco. To, jak nieporadnie Buckley chce oddawać szaleństwo swojej bohaterki, jest nieznośne, szczególnie, że nie stoi za tym żaden przemyślany pomysł. A kiedy obierzemy jej kreację z dennych wygłupów, pozostaje nam jedynie moralizatorskie powtarzanie monologów o opresji kobiet.

Cała reszta obsady to festiwal straconych szans. Grupa utalentowanych aktorów wciśniętych w zupełnie nieciekawe role. Na przykład Annette Bening radzi sobie całkiem nieźle aż do ostatniej sceny, w której kompletnie pogrzebuje swoją postać okropnym monologiem. Podobnie Peter Sarsgaard, który zostaje wciśnięty w nudny archetyp detektywa. Najgorzej wypada Penélope Cruz – kreskówkowa i posługująca się okropnym akcentem. Drobnym wyjątkiem jest Jake Gyllenhaal, bawiący się wizerunkiem gwiazdy klasycznego Hollywood, ale dalej mający do dyspozycji tylko kilka drobnych scen.

Strona formalna do jedna z większych zalet Panny młodej! Może nie jest to tak ciekawy, odjechany film jak to mogły sugerować zwiastuny, ale nakręcony naprawdę dobrze, z kilkoma świetnymi, wizualnymi pomysłami. Całkiem dobrze wypadają czarno-białe wstawki z Mary Shelley, portret Chicago i Nowego Jorku z lat 30. czy sceny muzyczne: żywe, pomysłowo i różnorodnie nawiązujące do musicali klasycznego Hollywood.

Panna młoda! to filmowy potwór Frankensteina, chaotyczny, poskładany z kilkunastu różnych wątków, pomysłów i inspiracji.

Natomiast główny problem polega na tym, że kiedy już obierzemy ją ze wszystkich formalnych zabaw i niespójnej struktury, zostanie nam strasznie płytka, nieciekawa historia. Taka, która całą twórczość Mary Shelley sprowadza do kilku oczywistości i przestarzałego spojrzenia na feminizm. Gyllenhaal kompletnie nie udźwignęła tego projektu. Miała wiele pomysłów na konwencję czy stronę wizualną, ale nic interesującego do powiedzenia. Cały jej film jest równie pozorny i pusty co kreacja Buckley. Z wierzchu obiecujący szaleństwo i ucieczkę od przyjętych norm, we wnętrzu zaś niemający do przekazania nic poza kilkoma łopatologicznymi monologami, które widzieliśmy już w setkach nieudanych hollywoodzkich produkcji.

Jeśli podoba się Wam nasza praca oraz działalność i chcecie nas wesprzeć, możecie nam postawić wirtualną kawę. To nam bardzo pomoże w rozwoju!Postaw mi kawę na buycoffee.to
Oscar

Oscary 2026

Głosuj z Immersją

Wytypuj zwycięzców